25 kwietnia 2007

a piątek i sobota w Budapeszcie...

W piątkowe rano,wraz z Asiutkiem i Tygryskiem wybraliśmy się do stolicy Węgier, luksusowym żółtym busem Student Agency:), w którym spotkało nas wiele niespodzianek:),ale to mało ważne, bo w Budapeszcie czekała już na nas Adrianka, która dokładnie nam zaplanowała zwiedzanie miasta...W ciągu tych niecałych dwóch dni obejrzeliśmy mnóstwo pięknych miejsc, zdążyliśmy się zakochać w Budapeszcie, Węgrach i ich języku...Adrianka była cudną przewodniczką i organizatorką, dzięki niej zwiedziliśmy miejsca, których normalnie turyści nie mogą odwiedzać, np. bibliotekę uniwersytecką, gdzie studenci w warunkach iście królewskich, jeśli tak to mogę nazwać, studiują...w takim otoczeniu to aż chce się uczyć...poza tym spaliśmy w całkiem fajnym miejscu za malutką cenę...jeździliśmy metro, megadługim tramwajem i mikrobusikiem...na zamek wjeżdżaliśmy zabytkową kolejką...byłyśmy na wyspie i widziałyśmy miasto nocą, jadłyśmy węgierską kolację w restauracji,w której pracował Polak..
mhm...można by pisać i pisać, tyle się wydarzyło w ten weekend...ale wolę chyba jednak pokazać...to tylko mały wycinek,ale zawsze...













w Peszti...przy Dunaju...











Bazylika robi wrażenie..swoim ogromem i pięknem zewnętrznym i wewnętrznym..













taką kolejką wjeżdżaliśmy na Zamek:)













paputki przed nowym budynkiem Teatru Narodowego...niby nowy, ale mnóstwo tu symboliki po starym, który został zniszczony w czasie 2 wojny światowej..














;)










widok na Peszt..












:*









dziewczęta w metrze














na terenie zamku









widok na Budę..niestety tylko wycinek..














to jedno wieluuuuuu pomieszczeń biblioteki uniwersyteckiej...uczyć się w takich warunkach to rozumiem..











a to też na terenie biblioteki..











to nie żart..to wizytówka jednego z budapesztańskich prawników..










tu też są fajne cile;)

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

moze chłopak magdy m. powinien sie nazywac dr kutas gabor :)


śliczne zdjecia! :)

asik pisze...

OK....to mammisję na weekend!! Znaleźć tąże wizytówkę w mieście :D

Anonimowy pisze...

zajepisty śledź :P

Anonimowy pisze...

Dobry wieczorek.. :-):-* Przyszła wreszcie pora, aby i kolejny uczestnik wypadu do stolicy naszych bratanków również dodał coś od siebie.. :-) Na początek jednakże chciałbym podziękować: Adriance za cudowną i zgraną co do minuty organizację - powinna moim zdaniem rzucić całe to prawo (jeszcze jej potem też przyprawią na drzwi jakąś mało pochlebną wizytówkę o cokolwiek kontrowersyjnym brzmieniu, hihi) i w trybie natychmiastowym zaangażować się jako przewodnik wycieczek wszelakich po zakątkach Budapesztu i nie tylko - będzie miała zawsze dużo świeżego powietrza zamiast siedzieć w biurze, gdy za oknem słonko świeci.. No i dodatkowy plus to brak kontaktu z półświatkiem, za to o wiele częstsze okazje do kontaktów ze sprzedawcą gofrów :-) Przy okazji chciałbym tu nadmienić, że Węgrzy jadają je nieco inaczej niż my, mianowicie robią z nich swego rodzaju "kanapki", które następnie wypełniają polewą o różnych smakach - niczego sobie.. W każdym bądź razie byłem w Budapeszcie kilka lat temu z profesjonalnym przewodnikiem i Adriance do niego bynajmniej nic nie brakowało, a biuro turystyczne nigdy nie pokazało by nam biblioteki na uniwerku. Dziękuję również Asiutkowi za jej jak zawsze celne komentarze i spostrzeżenia podczas całego naszego wypadu i śmiech, który potrafi rozbroić w każdej sytuacji.. :-) Nadal jestem ciekaw, jak tam nasza współpasażerka z drogi powrotnej.. ;> A Mojemu Paputkowi za.. wszystko.. :-)) :-***
Największym szokiem już na samym wstępie był dla mnie nasz autokar - za takie pieniądze i w takim warunkach to można by się chyba nawet do Chin wybrać.. Ciekawe tylko, jak to jest, że Czechom i Słowakom się zawsze wszystko opłaca i potrafią oferować super usługi po niewygórowanych cenach ? No dobrze, dość narzekania. Co tu dużo mówić - Budapeszt jest przepiękny, każdy jego zakątek ma w sobie to coś, co można by nazwać genius loci, można po nim chodzić bez końca całymi godzinami i nigdy się nie znudzić. No i to coś szczególnego - węgierski język, hihi.. Kto mi powie, co znaczy "Odiontiok narodniok" ? :-) Dla ułatwienia powiem, że słyszeliśmy to często w metrze.. Jedzenie wprost pychota (choć trzeba uważać na węgierskie sosy - piekło dla podniebienia) a przy tym Węgrzy mają o nas chyba faktycznie pozytywne zdanie - pan na portierni w hostelu całkiem zgrabnie wypowiedział kilka krótkich zdań i nawet kojarzył, gdzie są Katowice.. :-) Nieważne zresztą czego bym tu nie napisał, trzeba po prostu pojechać i zobaczyć, bo naprawdę warto.. Buziaczki słodkie dla Moich Towarzyszek wycieczki.. :-):-*